Znane w wielu krajach pisanie prac zaliczeniowych przez osoby trzecie, dotarło ostatnimi czasy również do Polski. Procederem tym zajmują się ludzie różnych specjalizacji, nierzadko zupełnie niezwiązany z tematyką, o której piszą pracę. Brak doświadczenia i kompetencji może prowadzić więc do tylko jednego wyniku, którym jest powstanie tekstu bezsensownego oraz nienadającego się do publikacji, za który klient musi zapłacić grube pieniądze. Co jednak składania ludzi od tego, by w tym niezbyt zgodnym z prawem działaniu wziąć udział?
Jednym z głównych czynników jet zwyczajnie lenistwo i brak motywacji do działania, a tym bardziej do wysiłku umysłowego. Wiele tematów prac zaliczeniowych nie ma swoich odpowiedników w Internecie, więc znalezienie materiałów do nich wymaga często wizyt w bibliotekach czy księgarniach. A to dla wielu osób okazuje się zbyt trudnym wyzwaniem, stąd wolą pisanie prac zwalić na kogoś innego, nawet jeśli zażąda od wcale niemałej zapłaty.
Owo zwalanie odpowiedzialności dotyczy coraz młodszej grupy osób, najpierw bowiem byli to tylko studenci, potem z tego typu pomocy zaczęli korzystać maturzyści i licealiści, obecnie natomiast wśród klientów znaleźć można nawet gimnazjalistów.
Obniżający się wiek nie świadczy o większym poziomie w systemie nauczania, ale o większym ubóstwie merytorycznym i mentalnym młodzieży, zwłaszcza zaś studentów, którzy nie dają rady już przy lekkim wyzwaniu napisania dłuższej pracy. Ci sami studenci za kilka lat będą naszymi kucharzami, lekarzami, kosmetyczkami, sprzedawcami w sklepie, chociaż ich zasób wiedzy i umiejętności pisarskich stoi na poziomie mniejszym niż zero.
Pisanie prac studentom i uczniom przez firmy oraz osoby prywatne było znane już w minionych czasach i wtedy też praktykowane, ale zdecydowanie w stopniu mniejszym niż obecnie. Wynikać to może z faktu, że wcześniej taki proceder był szeroko i silnie karany, nie tylko wyrzuceniem studenta ze szkoły, ale bezwzględnym zakazem jego dalszego studiowania na danym kierunku we właściwie wszystkich uczelniach. Dzisiaj wykrycie takich nielegalnych działań skutkuje upomnieniem, ostrzeżeniem lub wyrzuceniem z roku – ale niekoniecznie z danej uczelni. Samym wykonawcom zaś z reguły nie grozi nic, chyba że prokurator uprze się, by wytoczyć sprawę o złamanie praw autorskich.
Zwykle jednak cała sytuacja rozchodzi się po kościach, każdy bowiem chce o niej jak najszybciej zapomnieć – a zapomnieć się nie da, bo oszustwo pozostanie oszustwem bez względu na okoliczności i ewentualnie uniewinnienie. Obie strony: kupujący teksty i sprzedający je, działają zwykle anonimowo, co dodatkowo utrudnia rozpoznanie takich osób i ewentualne napisanie na nie skargi czy złożenie zawiadomienia o przestępstwie. Jeśli sama uczelnia nie wykryje oszustwa, to bardzo trudno będzie to zrobić osobie trzeciej, zwłaszcza ze względu na ów zachowaną anonimowość.
Uczelnie i profesorowie robią jednak wszystko, by tego typu procederu ukrócić i zlikwidować, psują one bowiem dobre imię uczelni, uczą lenistwa i ogłupiają samych studentów, ucząc ich chodzenia na skróty, co nigdy nie wychodzi na dobre.